Czytelnia
: 16 lut 2026, 21:43
Słuchał jej imienia, choć nie chciał przyznać nawet sam przed sobą, że coś w nim drgnęło, kiedy je wypowiedziała. Ophelia. Brzmiało miękko, zbyt miękko, jakby samo w sobie próbowało wślizgnąć się pod jego skórę obok tego dziwnego ciepła po strzale. Kiedy przeprosiła, aż zbyt szybko i zbyt nerwowo, poczuł, jak coś w nim napina się nieprzyjemnie, nie złością, nie irytacją, tylko czymś, czego nie potrafił nazwać. Nie chciał tego czuć. Nie powinien tego czuć.
— Nie przepraszaj — powiedział twardo, a jego głos zabrzmiał ostrzej, niż zamierzał. Uniósł lekko głowę, jakby próbował odzyskać kontrolę nad sytuacją, która wymykała mu się z łap.
— Po prostu… zachowuj rozsądek — dodał, choć brzmiało to bardziej jak rozkaz niż rada. Jej rumieniec, jej drżący ogon, to jak przesunęła się bliżej — wszystko to zaczynało działać na niego w sposób, którego nie rozumiał. Czuł, jakby coś w nim pulsowało, jakby jego własne serce próbowało wyrwać się z rytmu, który znał od zawsze. To było obce. Niepokojące. Zbyt intensywne. Kiedy zasugerowała, że nie powinni się rozdzielać, jego ciało zareagowało szybciej niż myśl, spięło się, jakby ktoś rzucił mu pod łapy pułapkę.
— Nie — odpowiedział natychmiast, zbyt szybko, zbyt ostro, jakby bał się, że jeśli pozwoli jej dokończyć, coś w nim pęknie.
— Właśnie dlatego powinniśmy. Coś tu jest nie tak i nie zamierzam stać tu i czekać, aż zrobi się gorzej — powiedział, a jego głos był chłodny, ale podszyty napięciem, którego nie potrafił ukryć. Zrobił krok w tył, jakby odległość mogła przywrócić mu trzeźwość, choć jego łapy były zbyt lekkie, jakby ciało nie słuchało go tak, jak zawsze. Spojrzał na nią jeszcze raz… krótko, ostro, zbyt intensywnie jak na kogoś, kto chciał być obojętny i to spojrzenie mogło go zdradzać. Czuł to. Dlatego natychmiast odwrócił głowę, jakby patrzenie na nią było błędem.
— Zostań tu. Albo idź w drugą stronę. Jak chcesz. — powiedział, próbując zabrzmieć obojętnie, choć w jego głosie pobrzmiewała nuta, której sam nie rozpoznawał.
— Ja muszę… zaczerpnąć powietrza — dodał, jakby to miało cokolwiek wyjaśnić. Nie czekał na jej reakcję. Odwrócił się gwałtownie, futro na karku lekko zjeżone i ruszył między regały szybkim, sprężystym krokiem, jak wilk uciekający nie przed wrogiem, a przed własnym sercem, które nagle zaczęło bić nie tak, jak powinno.
/zt
— Nie przepraszaj — powiedział twardo, a jego głos zabrzmiał ostrzej, niż zamierzał. Uniósł lekko głowę, jakby próbował odzyskać kontrolę nad sytuacją, która wymykała mu się z łap.
— Po prostu… zachowuj rozsądek — dodał, choć brzmiało to bardziej jak rozkaz niż rada. Jej rumieniec, jej drżący ogon, to jak przesunęła się bliżej — wszystko to zaczynało działać na niego w sposób, którego nie rozumiał. Czuł, jakby coś w nim pulsowało, jakby jego własne serce próbowało wyrwać się z rytmu, który znał od zawsze. To było obce. Niepokojące. Zbyt intensywne. Kiedy zasugerowała, że nie powinni się rozdzielać, jego ciało zareagowało szybciej niż myśl, spięło się, jakby ktoś rzucił mu pod łapy pułapkę.
— Nie — odpowiedział natychmiast, zbyt szybko, zbyt ostro, jakby bał się, że jeśli pozwoli jej dokończyć, coś w nim pęknie.
— Właśnie dlatego powinniśmy. Coś tu jest nie tak i nie zamierzam stać tu i czekać, aż zrobi się gorzej — powiedział, a jego głos był chłodny, ale podszyty napięciem, którego nie potrafił ukryć. Zrobił krok w tył, jakby odległość mogła przywrócić mu trzeźwość, choć jego łapy były zbyt lekkie, jakby ciało nie słuchało go tak, jak zawsze. Spojrzał na nią jeszcze raz… krótko, ostro, zbyt intensywnie jak na kogoś, kto chciał być obojętny i to spojrzenie mogło go zdradzać. Czuł to. Dlatego natychmiast odwrócił głowę, jakby patrzenie na nią było błędem.
— Zostań tu. Albo idź w drugą stronę. Jak chcesz. — powiedział, próbując zabrzmieć obojętnie, choć w jego głosie pobrzmiewała nuta, której sam nie rozpoznawał.
— Ja muszę… zaczerpnąć powietrza — dodał, jakby to miało cokolwiek wyjaśnić. Nie czekał na jej reakcję. Odwrócił się gwałtownie, futro na karku lekko zjeżone i ruszył między regały szybkim, sprężystym krokiem, jak wilk uciekający nie przed wrogiem, a przed własnym sercem, które nagle zaczęło bić nie tak, jak powinno.
/zt